SŁOWO NA NIEDZIELĘ
IV Niedziela Wielkiego Postu
„(…) Przepraszam cię, tatusiu, że się tak wściekałem
na brata naiwniaka, którego dziewczyny obskubały jak kurczaka.
Bez nowego płaszcza, sandałów, pierścionka, cierpię jak pies bez ogonka.”
/ks. Jan Twardowski/
No… Nie popisali się. Obaj. Albo raczej żaden. Żaden z synów przywołanych dziś w przypowieści nie był w porządku wobec ojca. Każdy go rozczarował.
Kiedy czyta się przypowieść o synu marnotrawnym, naturalną rzeczą jest skupienie uwagi na młodszym, krnąbrnym, bezczelnym synu. Lubujemy się w radykalnych ocenach – a że głupi, że nieposłuszny, rozpieszczony pewnie, jak to najmłodsze dziecko. I nie ma w tym nic dziwnego, bo prawda o duchowej ułomności młodszego syna jest niepodważalna. I chyba łatwo nam się z nim identyfikować, zwłaszcza wtedy, kiedy zawodzimy – Boga, drugiego człowieka, siebie… Wtedy tak blisko nam do zwieszonej głowy marnotrawnego i jego zatrważającej, i wstydliwej klęski. Doskonale wiemy, jak trudną jest decyzja o powrocie, jeśli ma się w pamięci ten wstyd, który towarzyszy nam w konfesjonale, który chwyta za gardło, kiedy trzeba komuś bliskiemu powiedzieć: „Wiem, że cię skrzywdziłem, przepraszam. Wiem, że zawiodłam, postaram się to naprawić”. Dużo byśmy wtedy dali, żeby policzki przestały palić, a głos drżeć. Bo stajemy twarzą w twarz nie tylko z własnym grzechem, ale i z jego konsekwencjami: utraconym zaufaniem, brakiem nadziei, czyimś złamanym sercem. To konsekwencje pokazują, ile waży grzech. To one są miernikiem skali zniszczenia. Ale i – jak się szybko okazuje – skali przebaczenia. Ten, komu wiele darowano, wiele zawdzięcza i wiele rozumie. I sam łatwiej przebacza. A przynajmniej powinien.
I drugi syn. A właściwie pierwszy, pod względem starszeństwa. Tyle, że w określeniu „drugi” mieści się chyba istota jego problemu. Dlaczego on był taki posłuszny? Dlaczego tak się starał? Dlaczego tak ciężko pracował? Czy na pewno z miłości do ojca? No nie. On po prostu nie chciał być drugi. Chciał być pierwszy. Najważniejszy. Najlepszy. On walczył o palmę pierwszeństwa. Może był ambitny, a może po prostu przyzwoity. Tak czy siak, chciał udowodnić, że to on jest tym lepszym synem. Że to na niego ojciec może liczyć. Że będzie ważniejszy, bardziej potrzebny, bardziej doceniany. I chyba tyle. I chyba z tej jego „porządności”, a nie z miłości do ojca wynika gorycz wyrażona słowami: „Oto tyle lat ci służę i nie przekroczyłem nigdy twojego nakazu; ale mnie nigdy nie dałeś koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę”.
Nietrudno znaleźć ludzi podobnych do starszego syna. Tak bardzo prawych i radykalnych, tak bardzo wbitych w kierat sprawiedliwości i uczciwości, że aż ślepych na miłość, a zwłaszcza na miłosierdzie. Zasady przede wszystkim. Obowiązki przede wszystkim. Starasz się, przestrzegasz prawa – należy się nagroda. Tobie, a nie jakiemuś wyrodnemu.
No, nie spisali się. Obaj. A właściwie żaden. Mieli jednak ojca, dla którego ich wpadki nie miały żadnego znaczenia. Ojca, który kochał i marnotrawnego, i rozgoryczonego. Otwierał ramiona i czekał. Wiedział, że obaj zgrzeszyli pychą. Obaj mieli coś na sumieniu. „A… Jak to dzieci” – myślał sobie ojciec i z rozrzewnieniem wspominał każdy dzień z ich życia – „Jak to dzieci. Umyjemy, przytulimy i wszystko będzie dobrze”.
Pozwól sobie na własne „wstanę i pójdę”. I wracaj. Bo walka trwa.
A.N.